corvvin blog

Twój nowy blog

Milion

Brak komentarzy

Załóżmy, że istnieje, istniał bardzo inteligentny człowiek.
Gdzieś. Kiedyś.

Może to Bóg?

Może się znudził?

Co zrobiłby, żeby się nie nudzić? Albo nie być starym? Albo
być starym, ale później znów młodym?

Albo nigdy nie umrzeć?

Na jedno wychodzi.

Zapisałbym na jego miejscu swoją świadomość w chmurze.

Trudne.

Hasło brzmi: milion.

Część druga, bo nie mam pomysłu na część pierwszą. A wstęp też mi się wydaje do dupy.

Łyżka.
Łyżka jest niegroźna.
Człowiek z nożem ma w sobie określoną groźbę. Ludzie jakoś nie zakładają, że zamyślił się smarując bułkę. W psychiatrykach nie dają ludziom noży. W zasadzie nie wiem czemu. Widelec też otwiera całą masę możliwości przecież, a nie zabierają. Łyżką w zasadzie też można podobno wydłubać oko. Ale jakoś nie.
Łyżka kojarzy się z conajwyżej babcinymi radami o wyciąganiu jej z herbaty. Bo oko można sobie wybić. Samodzielnie.

Nikt nigdy nie pyta o łyżkę. To prawo fizyczne. Nie wiem czemu, ale działa.
Tygodniami nosiłem z sobą łyżkę i nikt nie spytał.
Zwiedzałem z łyżką budynki.
Jeździłem z nią autobusami. Ba! nosiłem ją na cmentarze i do knajp. Nikt nie spytał.
Ale wszyscy się denerwowali.

Moja teza jest taka. Każdy ma jakiś tiki nerwowe, o których wie lub nie. Macha nogą, długopisem, zagryza coś. Ludzie zwykle o nich wiedzą lub nie, są zresztą powszechnie akceptowane. Ludzie bywają przecież zmęczeni. Niewyspani. Zdenerwowani. Każdy to wie.
Ale ciekawie jest jak zaczyna się udawać tiki nerwowe. I obserwować reakcje.
Z tym udawaniem tików to chyba rodzaj autochipnozy (niepokoi mnie moment przejscia od udawania do normalnego tiku, da się wychwycić!) czy uj wie czego, pewnie psychologowie to jakoś sobie nazywają i klasyfikują. I olewają jak wszyscy coś co zostało nazwane i sklasyfikowane.

Bo odwróćmy sprawę. Zacząłem pytać ludzi o machanie łyżką. To dopiero było zabawne. Gdy pyta się ludzi czemu macham łyżką, wtedy sytuacja się odwraca. Zabawne ale oni się wtedy denerwują. Sęk w tym, że łyżka nie ma znaczenia. Gdy sprowokowani ludzie chcieli ode mnie łyżkę spokojnie ją oddawałem. To przecież tylko głupia łyżka.

Nie liczy sie przecież łyżka, słowo łyżka, machanie łyżką, typ łyżki, kolor łyżki, kształ. Liczy się łyżka.
Ale zamist łyżki może byc kartka papieru albo kapodster (kapodaster jest niby gorszy bo nikt nie wie co to jest, ale mój fajnie dźwięczał jak się go zamykało, więc dawał radę).

Łyżka liczy się czasem. Ważne żeby zapamiętać łyżkę, żeby kojarzyć się z łyżką.

Ale czasem wystarczy jedno słowo, żeby rozpieprzyć negocjacje. Np. pomidor. Bo w sali konferencyjnej były czerwone krzesła i flamastry.

Koniec części drugiej.
Aksjomat jest aksjomatem.
Zielony flamaster też był. Używałem go by napisać „czerwony pomidor”

Kim jesteś zapytał ktoś
Odpowiedziałem zza wianka mleczy skrywającego twarz:
Wędrownym idiotą
To czemu nie wędrujesz dalej pytał ktoś
Bo Akurat mam przerwę…

Tak, jestem wędrownym idiotą,
Królem półprawd
Bo leżałem raz z wiankiem mleczy na oczach
Ale dialog miał miejsce tylko w mojej głowie

Jestem idiotą

Chce być sam
Wędruje tak daleko, by nie doszedł tam już nikt
Znajduje tam samotność

Jest przerażająca

Chciałbym, żeby tam był ktoś.
A ide w miejsca gdzie na pewno nikogo nie ma.

Lubie cmentarze nocą
Studnie potencjału
Z zapisanymi pewnie punktami w czasie

Miejsca, osoby, daty, epitafia

Lubie cmentarze, nikt nigdy nie pyta po co tam idziesz
Każdy sam znajduje sobie jakąś dobrą odpowiedź.

Teoretycznie one wszystkie są jednym punktem
Powinienem tam Ciebie znaleźć

Nie wiem kim jesteś, ale kiedy Cię tam spotkam
Będę wiedział

Tylko idiotka chciała by być ze mną
A ja nie lubię idiotek

Lubię taniec, jest dobrą metaforą
Wyobrażam sobie swoje życie jako tanieć nad przepaścią na ostrzu noża
A tak, bo to głupie. Tańczę i czekam aż spadnę.
Czy jest tu miejsce dla kogoś innego? Tylko dla idiotki
Która tańczy w tym samym rytmie.

Podpalam wszystkie mosty
A gdy już płoną chodze po nich i tupie
Z ciekawością
Czy zgasze płomień
Czy może polecę w przepaść wraz z płonącymi szczątkami

Niecierpie poetów
Niecierpię ludzi, którzy czytają taki bzdury
Sam nawet tego nie przeczytam

Soundtrack: Counting Crows w/Fiona Apple – Pale Blue Eyes

Świat jest pełen banałów i stereotypów. Które każdy zna, które każdy przyznaje za banalne.
Przynajmniej oficjalnie. Ale i mniej lub bardziej w nie wierzy. Niby każdy wie, że podrywanie prostytutki z ulicy to kiepski pomysł, ale Pretty Women z Richardem Gerem i Julią Roberts to naprawdę fajny kawałek kina ;)

Postanowiłem więc kiedyś potestować rzeczywistość i skuteczność banałów. Testować rzeczywistość postanowiłem łyżką. Zwykłą. Do herbaty. Bo o taka najłatwiej. Można ją zwinąc w domu, w pracy, w kawiarni. Nikt nigdy nie zwraca uwagi na pierdoły, takie jak łyżka. Mój osobisty dodatek do łyżek był taki, iż postanowiłem być absolutnie głupi. Tzn. zadawać zawsze proste pytania, np. „czy mogę sobie wziąć tę łyżkę?”.

Poza tym podobno Monthy Python miał się pierwotnie nazywać „koń, łyżka, wiadro”. Absurd mi sie spodobał, ale konie jedzą za dużo owsa, a wiadra są nieporęczne – cieżko je trzymać w kieszeni. Więc łyżka.

Łyżka jest w sam raz. Bo nikt nigdy nie pyta dlaczego machasz łyżką.

Aksjomat jest aksjomatem jest aksjomatem.

Aksjomat jes aksjomatem jest aksjomatem. Po tak bezpiecznym rozdefiniowaniu pojęć pozwolę sobie wrzucić cytat:

„Temat o globalnym znaczeniu był traktowany przez nią żartobliwie. Być może, to cecha androidów, pomyślał. Brak emocjonalnej świadomości, wyczucia znaczenia wypowiadanych słów. Tylko pusta, formalna, intelektyalna definicja oddzielnych pojęć”

Philip K. Dick – „Blade  Runer. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” str. 183

Na szczęście nie śnię o elektrycznych owcach.

Idą święta, bezrobotny jestem. Przydałoby się trochę funduszy na wigilie. Mam talenta porobiłbym trochę ozdób na choinkę. Zainwestował w papier kolorowy, trochę drutu, waty czy z czego tam się ozodby robi, sprzedałbym na targu zarobiłbym 300 zł. Miałbym na jedzenie. Wolność, normalność. Ale gdzie tam, nie da się. Po pierwsze musze zarejestrować się w urzędzie miasta i zusie, wypełnić masę papierów, łazić po okienkach, czekać. W międzyczasie święta się skończą, a ja zostane z 800 zł miesięczny Zusu do zapłacenia i koniecznością odprowadzenia podatku od tych 300 zł co zarobiłem (jeśli zdążyłem). Teraz w zasadzie zostaje mi zawiesić moją działalność spędzając kolejne godziny w różnych urzędach. Więc po co się kopać z koniem? Powinienem raczej grzecznie pójść do odpowiednio opłacanego urzędnika i poprosić o zapomogę na święta. Bo rząd wspiera najbiedniejszych.

nic się nie da. nic się nie opłaca. za to niecierpię tego ustroju.

Co jakiś czas różne partie polityczne, nie tylko w Polsce podnoszą wspaniały pomysł pod tytułem „laptop dla każdego ucznia”.  Coby zrobić wszystkim dobrze, zwłaszcza tym najbiedniejszym i wykluczonym. W związku z tym postanowiłem sformułować postulat podobnej treści w moim prywatnym programie politycznym – „kop w dupę dla każdego ucznia”.

Jest to postulat mniej kosztowny i zdecydowanie bardziej skuteczny – jestem pewien, że przyniesie znacznie lepsze rezultaty, jeśli chodzi o podniesienie poziomu edukacji w Polsce.

Bo czy laptop każdemu dziecku jest naprawdę niezbędny, by mogło ze szkoły wynieść potrzebną mu w życiu wiedzę? Chyba nie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wszyscy popierający laptopowy pomysł, siłą rzeczy przez etap edukacji przebrnęli bez takiej pomocy dydaktycznej. I żyją.

W czym miałby taki laptop pomóc? W odnalezieniu się w nowoczesnym społeczeństwie? W wyszukiwaniu niezbędnych informacji i pomocy w wewnętrznym rozwoju? Śmiem twierdzić, że w praktyce raczej do ściągania gotowych opracowań i spędzaniu czasu na różnych portalach społecznościowych.

Czy bez takich umiejętności człowiek staje się dziś wykluczonym? W takim razie sugeruje rozpętanie krucjaty na rzecz wykluczenia jak największej ilości dzieci i młodzieży. Gdyby taki jeden z drugim, musieliby samodzielnie pójść do biblioteki, przeczytać jakąś książkę i na jej podstawie napisać jakieś opracowanie, zdobyliby o niebo więcej umiejętności przydatnych w życiu, niż spędzając nawet dziesięciokrotnie więcej czasu socjalizując się przy komputerze. Nauczyć by się mogli np. że aby w życiu coś osiągnąć, potrzebna jest przede wszystkim ciężka praca. Bezcenna lekcja. By była.

Ale nie oszukujmy się, młodzieży nie dać komputerów, to i tak przepiszą co trzeba od znajomych z komputerami. Albo nawet nie przepiszą. Taka jest dzisiejsza szkoła, niczego nie wymaga. Chyba tylko obecności, ale to też w zasadzie da się obejść.

Żeby do czegoś tą, zakładającą przysłowiowe koszy na śmieci przysłowiowym nauczycielom, swołocz zmusić potrzeba jej uświadomić że obecność w szkole to dla nich nie kara, ale szansa na lepszą przyszłość. A do tego potrzeba im uświadomić, że nich tu ich siłą nie trzyma, jak im się nic nie chce, to do widzenia. Mogą iść kopać buraki, albo inne trawniki czesać.

Bo przy dzisiejszym stanie prawnym nic się nie zmieni. Szkoła będzie karą dla uczniów i nauczycieli. Choć coraz bardziej przypominającą skandynawskie więzienia. Oni tam mają laptopy.

CZTERY NOGI: DOBRZE, DWIE NOGI: ZŁE

SIEDEM PRZYKAZAŃ
1. Wszystko, co chodzi na dwóch nogach, jest wrogiem.
2. Wszystko, co chodzi na czterech nogach lub ma skrzydła, jest przyjacielem.
3. Żadne zwierzę nie będzie nosić ubrania.
4. Żadne zwierzę nie będzie spać w łóżku.
5. Żadne zwierzę nie będzie pić alkoholu.
6. Żadne zwierzę nie zabije innego.
7. Wszystkie zwierzęta są równe.

SIEDEM PRZYKAZAŃ
1. Wszystko, co chodzi na dwóch nogach, jest wrogiem.
2. Wszystko, co chodzi na czterech nogach lub ma skrzydła, jest przyjacielem.
3. Żadne zwierzę nie będzie nosić ubrania.
4. Żadne zwierzę nie będzie spać w łóżku z prześcieradłami
5. Żadne zwierzę nie będzie pić alkoholu.
6. Żadne zwierzę nie zabije innego.
7. Wszystkie zwierzęta są równe.

SIEDEM PRZYKAZAŃ
1. Wszystko, co chodzi na dwóch nogach, jest wrogiem.
2. Wszystko, co chodzi na czterech nogach lub ma skrzydła, jest przyjacielem.
3. Żadne zwierzę nie będzie nosić ubrania.
4. Żadne zwierzę nie będzie spać w łóżku z prześcieradłami
5. Żadne zwierzę nie będzie pić alkoholu bez umiaru.
6. Żadne zwierzę nie zabije innego bez powodu.
7. Wszystkie zwierzęta są równe.

SIEDEM PRZYKAZAŃ
1. Wszystko, co chodzi na dwóch nogach, jest wrogiem.
2. Wszystko, co chodzi na czterech nogach lub ma skrzydła, jest przyjacielem.
3. Żadne zwierzę nie będzie nosić ubrania.
4. Żadne zwierzę nie będzie spać w łóżku z prześcieradłami
5. Żadne zwierzę nie będzie pić alkoholu.
6. Żadne zwierzę nie zabije innego bez powodu.
7. Wszystkie zwierzęta są równe.

WSZYSTKIE ZWIERZĘTA SĄ RÓWNE, ALE NIEKTÓRE ZWIERZĘTA SĄ RÓWNIEJSZE OD INNYCH.

KONSTYTUCJA RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

z dnia 2 kwietnia 1997 r.  (Dz. U. z dnia 16 lipca 1997 r.)

Rozdział X  – FINANSE PUBLICZNE

Art. 216.

Punkt 5. Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa.

Banalna przepowiednia, jej sprawdzenie się jest tylko kwestią czasu. Już od dawna prowadzone są różne „czary” nad sposobem obliczania wysokości długu publicznego, co jakiś czas pojawiają się nowe pomysły, bo taką zmianę wprowadzić jest zdecydowanie łatwiej. Wystarczy zmiana zwykłej ustawy. Ale jestem pewien, że gdy zwykłe „czary” nie wystarczą i dług publiczny przekroczy 60%, Oni po prostu zmienią konstytucje.

Trudno w dzisiejszych czasach wierzyć w państwo prawa.

Początkowe cytaty oczywiście z ‚Folwarku Zwierzęcego’ George’a Orwella.

Przypomina o sobie Sojusz Lewicy Demokratycznej – SLD. Tak, tak oni jeszcze żyją! I mają nawet nowe-stare pomysły. Ustami pani senatoressy Joanny Senyszyn SLD walczy o świeckość państwa.

Jest nawet zabawnie – za zabawne uważam zawsze , gdy jakaś głośno wojująca formacja prędzej lub później podnosi hasła sprzeczne z głoszonymi przez siebie od dawna poglądami. I tak jak SLD zawsze głośno potrząsała sztandarami tolerancji, walcząc z dyskryminacjami homoseksualistów, zielonych, czerwonych i kogo tam im do głowy przyszło. Teraz zaś postanawia ograniczać pewnej grupie zawodowej (księży) dostęp do wydarzeń publicznych. Ciekawe jak SLD zareagowałoby na podobny wniosek dotyczący ograniczenia dostępu dla homoseksualistów, pracowników sex-shopów, czy np. byłych funkcjonariuszy PRL? Zgroza! Kto by wtedy szedł w ich paradach i innych pierwszomajowych pochodach? Przez nieustanne krzyki o zamachu na tolerancję, państwo prawa i wszechobecny ciemnogród należałoby stale ściszać telewizor. Bo tolerancja tak, ale dla wybranych..

Kolejny ‚ciekawy’ pomysł SLD to wprowadzenie podatku od wiary, który wierni mieliby wpłacać na rzecz wybranego przez siebie kościoła. Ładnie maluje się tutaj nawiązanie do totalistycznej historii tego ugrupowania. Taki podatek przecież istnieje od zawsze w o wiele bardziej liberalnej formie – przysłowiowej tacy. Płaci go dobrowolnie, każdy wierny w dowolnej przez siebie ustalonej kwocie (często jest to kwota w wysokości 0 zł). Śmiem przy wątpić, żeby pani Senyszyn czy innym ‚wybitnym’ przedstawicielom tego ruchu politycznego, chodziło o troskę o finanse kościoła. Raczej chodzi o zniechęcenie wiernych do przyznawania się do swojej religijności. Swoją drogą miło by było, gdyby myśl o tym, że przymus płacenia podatków raczej kieruje ludzi do szarej strefy, niż do hojności w ich płaceniu, została twórczo rozwinięta przez parlamentarne środowisko SLD także w innych tematach – może przyniosłoby to trochę pożytku dla Polski.

Zabawnym elementem jest tu też zestawienie tego pomysłu z krążącym jakiś czas temu projektem likwidacji finansowania partii z budżetu państwa, a zastąpieniem go dobrowolnymi wpłatami na konto wybranej partii (na zasadzie takiej jak działa przekazywanie jednego procenta podatków na wybraną fundację obecnie). Pani senatoressa głośno wtedy protestowała, że przedstawianie w zeznaniu podatkowym preferencji politycznych jest niedopuszczalne, jako że to sprawa bardzo osobista i jej ujawnienie może narazić ludzi na nieprzyjemności. Ujawnienie sprawy o wiele bardziej osobistej jaką jest sprawa wyznawanej religii dla pani Senyszyn problemem nie jest. Dziwne…

SLD walczy oczywiście w słusznej sprawie. O świeckość państwa. To, że państwo koniecznie ma być świeckie to wcale nie jest taki oczywisty problem – zwłaszcza w świetle panującej nam demokracji (no bo skoro większość jest chrześcijańska…). Ale nie ma sensu się nad nim głęboko rozwodzić – bo śmiem podejrzewać, że akurat świeckość państwa to SLD ma głęboko gdzieś. Chodzi tak naprawdę tylko o zdobycie poparcia. Betonowy elektorat SLD wymiera, ekologów, lesbijek i innych mniejszości zbyt wiele w Polsce nie ma – antyklerykałowie to kuszący elektorat do zagospodarowania.

Mnie smuci co innego. Politycy w imię bieżących kalkulacji wyborczych przedstawiają bowiem różne projekty nie zastanawiając nad ich dalszymi konsekwencjami. Zastanowił się ktoś w ogóle dlaczego właściwie kościół w państwie ma jakieś przywileje? Z miłości jaką darzą parlamentarzyści Jezusa Chrystusa?

Wyobraźmy sobie, że pomysły SLD przechodzą – mamy całkowicie państwo, wszyscy są w nim równi wobec prawa. Księża także. Mają takie same prawa i obowiązki jak inni. A… Kościół zmienia swoją postawę. Zwołuje nowy sobór, na nowo interpretuje zapisy Biblii (Biblia to gruba książka, jak dobrze poszukać można w niej znaleźć fragmenty na poparcie prawie każdej tezy) i uznaje, że jedną z jego misji jest dbanie o swojej owieczki także na polu politycznym. I… zakłada własną partię. Z oficjalnym poparciem wszystkich hierarchów. Partię zorganizowaną, partię która ma kilka kół i oddziałów w każdej miejscowości, której spotkania odbywają się codziennie. To siła z jaką nie może się równać chyba żadna inna organizacja. Dziś już na jedno biedne Radio Maryja, czy pojedynczych księży, którzy z ambony sugerują wiernym na kogo należy głosować, trwa wielka nagonka – jako na czynnik wypaczający wynik wyborów.

A co gdyby cały kościół robił to oficjalnie na wielką skalę? W genialnie skonstruowanym systemie jakim jest demokracja, mając odpowiednio dużą większość można przegłosować wszystko. Można nawet sobie nawet uchwalić zmianę sytemu na teokrację. A jak wygląda takie zaangażowanie religii w politykę można sobie zobaczyć w krajach islamu…

Ciekawe co wtedy robiłoby SLD? Walczyłoby z demokratyczną wolą większości i równością wobec prawa? Wszak każdy może sobie założyć partię polityczną…

A jeśli SLD uważa, że taki system jest zły to czemu nie walczy z nim już teraz?

końcówkę trzeba by przerobić trochę się nie trzyma kupy pointa :P

Tarcza antyrakietowa to temat, który żyje w mediach od paru lat. Miał swoje wzloty i upadki, były chwilę gdy poważnie o sprawie wypowiadały się najznamienitsze dyżurne autorytety, były chwilę gdy sprowadzano to do cepeliady i wójta ślącego listy do prezydenta US&A.

Temat ciekawy, dla mnie zwłaszcza ze względu na jego pseudomiędzynarodowy charakter. Niby problem dotyczy negocjacji na najwyższym szczeblu między poważnymi krajami. Padają wielkie słowa o współpracy i bezpieczeństwie światowym. A tak naprawdę to taka piękna szopka na użytek lokalny.

tarczaGdyby problem był realny, sprawa byłaby rozwiązana już dawno i żadne dziennikarz by nawet o niej nie usłyszał. Wszak bądź co bądź największe światowe mocarstwo, jak chce to potrafi gdzieś bez zbędnego rozgłosu postawić tajne więzienie, czy ukryć informacje o statku obcych. Skoro mówi o czymś głośno to znaczy, że nie koniecznie chce coś zrobić. Wynika z tego jedynie to, że chce o tym mówić.

Taki problem tarczy jest bowiem bardzo fajny. Można wyborcom w kraju pokazać jak to dba się o bezpieczeństwo, chroniąc przed czającym złem. Czające zło to o wiele fajniejszy problem, niż np. deficyt budżetowy, czy inny kryzys finansowy. Zauważyli to politycy nie tylko w USA ale i w innych krajach: Polsce, Czechach, Rosji, Białorusi itp. Jedni chcą tarczy, drudzy są przeciw. Na wschodzie mogą postraszyć, że im tu USA jakieś rakiety pod nosem ustawia co jest ciekawszym problemem, niż to iż nie ma co do garnka włożyć. Piękna idea, bardzo wielu polityków ma co mówić. Aż szkoda żeby ta tarcza przypadkiem nie powstała, bo nie byłoby już nad czym debatować.

Wszystko jest tym zabawniejsze, że sprawa toczy się długo i większość ewentualnych decydentów po wszystkich stronach zdążyła być już w międzyczasie i u władzy i w opozycji. Dokonując przy tym sporych akrobacji by być zarówno za jak i przeciw.

Politycy lubią przy tym uspokajać opinie publiczną w Polsce, że tymczasowym brakiem tak niezbędnej dla naszego i waszego bezpieczeństwa tarczy, nie ma się co martwić bo chroni nas piąty artykuł traktatu Północno Atlantyckiego.

Jako że jest to traktat międzynarodowy podpisany przez Polskę, niemal oczywistością jest że nikt go nie przeczytał. Dziennikarze zwłaszcza, choć ich akurat łatwo zrozumieć. Gdyby znali treści traktatów mogliby przez przypadek zadać jakieś merytorycznie pytanie co mogłoby spowodować jakieś daleko idące reperkusje. Ktoś mógłby np. zacząć myśleć, co jest sytuacją niedopuszczalną.

Jako ciekawostkę, jednak pozwolę sobie zacytować ów piąty artykuł:

Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub kilka z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uważana za napaść przeciwko nim wszystkim; wskutek tego zgadzają się one na to, że jeżeli taka zbrojna napaść nastąpi, każda z nich, w wykonaniu prawa do indywidualnej lub zbiorowej samoobrony, uznanego przez artykuł 51 Karty Narodów Zjednoczonych, udzieli pomocy Stronie lub Stronom tak napadniętym, podejmując natychmiast indywidualnie i w porozumieniu z innymi Stronami taką akcję, jaką uzna za konieczną, nie wyłączając użycia siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego.(…)

Nie wykluczając siły zbrojnej – zakrzyknięcie „hola, hola panie nowy Hitler!” również spełnia zapisy traktatu. Warto pamiętać.


  • RSS